Kraków wieczorem
Kolejny upalny dzień i kolejna wieczorna przejażdżka. Tym razem nieco skromniejsza w dystansie niż ostatnio.
Bikestats to wspaniały serwis, który w pewnym sensie zainspirował mnie do stworzenia własnego bloga rowerowego.
Przez długi czas udawało mi się integrować obie strony internetowe. Opisy aktywności prezentowane były z poziomu
bloga Bikestats, a pozostałe wpisy, statystyka oraz opisy rowerów znajdowały się w serwisie xanadu.com.pl.
Takie rozwiązanie miało jednak pewne wady. Chcąc prezentować podsumowania moich aktywności, musiałem się uciekać
do tworzenia skryptów pobierających dane z mojego serwera i wstawiających odpowiedni kod na stronie bloga Bikestats.
Odpowiednie skrypty zapewniały także obsługę zdjęć dołączanych do postów. Funkcja wyszukiwania działała wyłącznie
w obrębie pojedynczego serwisu. Takich problemów mógłbym pewnie przytoczyć jeszcze więcej, ale te były najbardziej
uciążliwe. A nawet, gdyby ich nie było, to zdecydowanie łatwiej jest utrzymywać jeden serwis niż dwa.
Postanowiłem zatem przenieść opisy wszystkich aktywności rowerowych na mój prywatny blog. Aby jednak były dostępne
także z poziomu serwisu Bikestats, utworzyłem własny szablon strony, w którym dokonuję przekierowania do mojego bloga.
Przekierowanie powinno zadziałać automatycznie. Jeśli tak się nie stało, to po prostu kliknij w link:
Bikes in White Satin++
Copyright © 2010-2019, Piotr W. • Inspiracja: Monika M.
Sobota, 12 czerwca 2010 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 0
Kolejny upalny dzień i kolejna wieczorna przejażdżka. Tym razem nieco skromniejsza w dystansie niż ostatnio.
Piątek, 11 czerwca 2010 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 0
Nie miałem ochoty stawać w zawody ze słońcem i spokojnie poczekałem do wieczora, zanim wsiadłem na rower. Pojeździłem sobie po mniejszych i większych peryferiach Grodu Kraka, zahaczyłem o centrum. Przy okazji zauważyłem, że oddychanie wiąże się z ryzykiem połknięcia wszelakiego latającego dziadostwa, które namnożyło się niemiłosiernie. Owady trafiają też w oczy i chyba dlatego widziałem tak wielu bikerów w okularach przeciwsłonecznych po godzinie 21 :).
Czwartek, 10 czerwca 2010 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 0
No cóż. Tym razem nie ma o czym pisać. Po poprzednich długich wyprawach, dzisiejszą przejażdżkę potraktowałem jako "spacerek". Wystarczy powiedzieć, że ani razu moje tętno nie znalazło się w III strefie...
Środa, 9 czerwca 2010 • Kategoria Małopolska • Komentarze: 1
Wyprawę zaplanowałem począwszy od skrzyżowania ulic Królowej Jadwigi i Piastowskiej, skąd wyruszyłem na zachód. Dojechałem do Kryspinowa, gdzie skręciłem w kierunku Cholerzyna, mijając po drodze zalew wypełniony półnagim tłumem spragnionych słońca ludzi. Przebrnąłem przez wszechobecne zapachy hamburgerów, hot-dogów i innego „prawie-jedzenia” i pojechałem w stronę Mnikowa. Tam skręciłem na północ a następnie na zachód, aby znaleźć się w objęciach Doliny Mnikowskiej. To tutaj rozpoczęła się najpiękniejsza część trasy, która od tej pory wiodła już wyłącznie pośród lasów. Przejechałem pod autostradą Kraków-Katowice i kilkaset metrów za nią skręciłem ze szlaku Greenway na Jurajski Szlak Rowerowy Orlich Gniazd, który biegnąc poprzez gęste lasy zawiódł mnie do stóp zamku.
Tam miałem do wyboru dłuższą lecz lżejszą trasę oraz zdecydowanie krótszą, ale pnącą się w górę ścieżkę poprzez las. Ścieżka wydawała mi się przejezdna, więc wybrałem ją. Zanim to jednak uczyniłem, pomny epickiej walki z armią komarów w Dolinie Bolechowickiej, zatrzymałem się, otworzyłem plecak i wyciągnąłem „Die Wunderwaffe gegen Moskitos” (niech germaniści wybaczą okaleczanie języka Goethego)… Używszy spryskiwacza namaściłem wystające członki i pewien zwycięstwa ruszyłem w górę.
Zrazu dukt piął się nieśmiało w górę, jakby zapraszając do skorzystania z jego uroków. Tu i ówdzie trafiałem co prawda na wystające korzenie, tudzież łachy piasku, ale nie było źle. Azaliż ścieżka owa okazała się zwodnicza jak przebiegła niewiasta. Najpierw mamiła swoimi wdziękami, zdawała się mówić „patrz człowiecze, jaka jestem łagodna, nie wahaj się, zaniosę Cię ku szczytom”, czule łagodziła zmęczenie lekkimi zakrętami. Z czasem jednak poczęła ukazywać swoje prawdziwe oblicze. Coraz trudniej było się wspinać, nachylenie zaczęło przekraczać 20%, luźne kamienie, wystające korzenie, piasek utrudniały jazdę. Jednym słowem zaczęły się „schody”. Ja jednak brnąłem dalej tym bardziej, że pośród drzew na szczycie zacząłem dostrzegać mury zamczyska. W pewnym momencie musiałem zejść z roweru i kontynuować podejście pieszo. Wówczas, wódz armii komarów ujrzawszy łatwą zdobycz, przegrupował siły i wydawszy rozkaz ataku, ruszył na mnie z całym impetem tysięcy spragnionych krwi wojowników. Jednakże srodze musiał się zawieść, gdyż użyta przeze mnie mikstura skutecznie zabezpieczyła mnie przed desantem wroga. Komary jednak były uparte a może szwankowała ich komunikacja, więc raz za razem przypuszczały kolejny atak. W ich towarzystwie dotarłem wreszcie do wrót zamku.
Zaczynał się wieczór. Reżyser oświetlenia zadbał o niepowtarzalny klimat. Wystarczyło przymknąć oczy, aby przenieść się w czasie do XV - XVI wieku. Pośród szumu drzew zdawało się słyszeć tętent końskich kopyt na brukowanym dziedzińcu, szczęk rycerskich zbroi, biesiadne toasty. Tutaj czas się zatrzymał. Tam za murami jest obcy, często nieprzyjazny świat, wyzute z romantyzmu imperium wiecznej pogoni za „chińską” podróbką szczęścia. Tutaj chciałoby się paść pośród ruin kaplicy i zawołać „azyl”…
I chociaż wśród legend związanych z zamkiem nie ma opowieści o białej damie, to mnie było dane ją spotkać. Muszę przyznać, że efekt był piorunujący, gdy pośród ruin spotkałem pannę młodą, która właśnie tutaj zapragnęła zostać sfotografowana ze swoim świeżo poślubionym małżonkiem. A muszę przyznać, że kształty owej damy były iście piętnastowieczne i w niczym nie przypominały współczesnych tzw. ideałów kobiecości, czyli produktów „kobieto-podobnych” o wadze nie przekraczającej 40 kg i wzroście powyżej 178 cm ;).
Była więc magia średniowiecza, była biała dama ale czas płynął nieubłaganie i musiałem w końcu wrócić do XXI wieku mając w uszach refren „21st Century Man” Electric Light Orchestra:
Though you ride on the wheels of tomorrow (tomorrow)
You still wander the fields of your sorrow
What will it bring?
Uzupełniona trasa w formacie GPX
(Widok na zamek od południowego zachodu)
(Sień)
(Wieża Nawojowa)
(Budynek bramny i resztki pokoi dla straży)
(Pozostałości czworobocznej wieży)
(Widok na basteje)
(Biała Dama?)
Wtorek, 8 czerwca 2010 • Kategoria Małopolska • Komentarze: 0
Zaplanowany na ten sezon cykl zwiedzania podkrakowskich dolinek rozpocząłem od najmniejszej z nich - Doliny Bolechowickiej.
Z popołudniowej wyprawy wyciągnąłem dwa wnioski.
Pierwszy jest taki, że jeśli szlak jest pieszy i niedawno sporo padało, to niekoniecznie będzie przejezdny dla roweru. Niestety kilka razy musiałem prowadzić rower, bo przejazd był po prostu niemożliwy. Leżące w poprzek wąskiej ścieżki kłody drewna wyglądały tak, jakby ktoś specjalnie chciał utrudnić życie bikerom.
A drugi wniosek jest taki, że na takie wyprawy należy zaopatrzyć się w jakiś środek przeciwko komarom. Gdybym powiedział, że komarów było dużo, skłamałbym. Ich były miliony! Miliony krwiopijców czyhających na zabłąkanego turystę! Po co Pan Bóg stworzył te bestie? Zaraz ktoś powie, że jakieś ptaszki albo inne zwierzaczki żywią się komarami. No dobrze, ale gdzie one były, gdy ich potrzebowałem? Zjeżdżając w dół pobiłem wszelkie rekordy. Byle dalej, byle dalej...
Pierwotnie planowana trasa w formacie GPX
A na koniec kilka zdjęć.

Poniedziałek, 7 czerwca 2010 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 0
Rozpoczął się kolejny tydzień pracy a więc mogę sobie pozwolić jedynie na popołudniowo wieczorne przejażdżki. Z braku czasu muszę się ograniczyć do najbliższych okolic a więc przeważnie przemierzam ulice Krakowa. Te bardziej w centrum i te, które leżą na peryferiach. Tak też było i dzisiaj...
Niedziela, 6 czerwca 2010 • Kategoria Małopolska • Komentarze: 0
Po wczorajszych 115 kilometrach w bądź co bądź górzystych krajobrazach, zamierzałem spędzić niedzielę na absolutnym lenistwie, czule przytulając pilota od telewizora. Jednak już około 11 zacząłem tęsknić za naturą i porzuciłem myśl, aby już do końca dnia zajmować się „niczym”. Wczorajsze odparzenia w okolicach skrywanej zazwyczaj części ciała przestały dokuczać a więc odpaliłem MapSource i pospiesznie wybrałem trasę. Trasa miała być w miarę łatwa, czyli raczej płaska. Okolice Krakowa to jednak nie jest Mazowsze, więc sformułowanie „raczej płaska” powinno brzmieć „możliwie najmniej pagórkowata”. Wybór padł na kierunek wschodni czyli okolice Puszczy Niepołomickiej. Z mapy wynikało, że mam do przejechania około 80 kilometrów, co wydawało mi się w miarę rozsądnym dystansem. Wypełniłem więc bidony życiodajnym płynem, zapakowałem do plecaka banany i batony, wskoczyłem w nowego „pampersa” i ruszyłem w drogę.
Pierwszy etap wiódł przez Kokotów, Węgrzce Wielkie, Zakrzów i Gruszki. Na tym fragmencie trasy zaliczyłem dwa niewielkie, dwustu kilkudziesięcio metrowe wzniesienia. Trochę żałowałem, że nie założyłem błotników. Trwa kolejne wielkie sprzątanie po wielkiej wodzie, więc często napotykałem „strumienie” płynące w poprzek drogi. Minąłem Szarów i Kłaj i po raz pierwszy tego dnia wjechałem do puszczy.
Tak na marginesie muszę zaznaczyć, że większość z wymienionych miejscowości ma szczególne znaczenie dla wszystkich, którzy mieszkali bądź nadal mieszkają na wschód od Krakowa i którzy mieli szczęście studiować w Królewskim Mieście. Jako rodowity Tarnowianin, ileż to razy przejeżdżałem pociągiem przez Kłaj, Szarów, Staniątki, Podłęże… W pewnym sensie, każda moja wycieczka w te okolice to podróż sentymentalna do niezbyt jeszcze odległych, ale przecież już nie wczorajszych czasów.
Wjechałem więc do puszczy, ale nie zabawiłem w niej długo i w okolicach rezerwatu Długosz Królewski odbiłem w stronę Staniątek by za Damienicami ponownie zapuścić się w bezkres zieleni. Uciekając przed komarami – a jest ich mnóstwo tego roku, co nie powinno dziwić przez wzgląd na wszechobecne bajora – dotarłem do Baczkowa i jadąc wzdłuż wschodniej granicy lasów minałem Gawłówek, Mikluszowice, Dziewin. Potem z głównej drogi skręciłem w stronę miejscowości Drwinia i ujechawszy może ze dwa kilometry, zatrzymałem się. Nie mając ani akwalungu, ani peryskopu, nie zaryzykowałem wjechania w nurt „rzeki”, która tymczasowo powstała na skutek przelewania się wody z jednego pola na drugie pole. Może nie było tam zbyt głęboko, ale jakoś nie miałem ochoty zanurzać mojego Gianta po same osie. W tym momencie wiedziałem już, że do zaplanowanych 80 kilometrów dojdzie ileś tam nieplanowanych.
Wróciłem w stronę Drwini i widząc na mapie wąską gruntową drogę w stronę lasu, bez specjalnego zastanowienia skręciłem w nią. Garmin bombardował mnie komunikatami w stylu „zawróć, jeśli to możliwe”, ale ignorowałem je z absolutną premedytacją. A jazda przez podmokły las drogą gruntową była niezłym wyzwaniem a w zasadzie slalomem pomiędzy kałużami i świeżym błotem. Po kilku kilometrach okazało się, że miałem „nosa” i w Chobocie wróciłem na właściwy szlak.
Za Wolą Zabierzowską ponownie skręciłem w stronę Puszczy Niepołomickiej i Drogą Królewską dojechałem do Niepołomic. Tutaj dopadł mnie mały kryzys. Jadąc w miarę płaski etap, osiągnąłem niezłą jak na mnie średnią prędkość. Mając w „nogach” całą wczorajszą wyprawę, zacząłem odczuwać zmęczenie. Do Krakowa pozostało wprawdzie niewiele kilometrów, ale krajobraz zmienił się z płaskiego w pagórkowaty. Niewielkie co prawda te wzniesienia, ale tego dnia i w tym upale okazały się męczące.
Starając się zachować rozsądne tempo, przejechałem przez Podłęże, ponownie minąłem Zakrzów i jadąc przez Ochmanów i Zabawę dojechałem do Wieliczki. To właśnie w Wieliczce osiągnąłem największą tego dnia wysokość 282 m n.p.m. Jakież to skromne osiągnięcie w porównaniu z „wczorajszą” Lancokoroną, ale dzisiaj było to maksimum, na jakie było mnie stać.
Potem było już tylko z górki i po przejechaniu 91 kilometrów mogłem nareszcie wyłączyć wszystkie moje elektroniczne gadżety ;), wskoczyć pod prysznic i… pójść na spacer, aby „pochwalić” się światu piękną opalenizną ;).
Pierwotnie planowana trasa w formacie GPX
Sobota, 5 czerwca 2010 • Kategoria Małopolska • Komentarze: 1
Dzisiejszą wyprawę planowałem od dawna, ale w ostatniej chwili musiałem nieco zmienić trasę. Pierwotnie około 20% drogi miało wieść drogami gruntowymi bądź ścieżkami. Niestety obecnie drogi te są albo strumieniami, albo cuchnącymi bajorami, albo w najlepszym razie błotnistą mazią. Pomny doświadczeń, jak wyglądał rower po przejechaniu raptem kilkunastu metrów przez popowodziową „papkę”, zaniechałem powtórki eksperymentu i całkowicie świadomie wybrałem asfalt. Wbrew pozorom, asfalt ów czasy świetności miał już dawno za sobą a skutki ulewnych deszczy, tudzież powodzi spowodowały, że powierzchnia dziur była mniej więcej równa powierzchni od nich wolnej. W kilku miejscach gdzie obok drogi płynął strumień, zdarzyło się, że okazał się silniejszy od wytworu rąk ludzkich i nawierzchnia wraz z podbudową i ziemią spłynęła wraz z nurtem spokojnego na co dzień strumienia.
Była to trasa szczególna, bo w kilku miejscach krzyżująca się z miejscami, które często wymieniane były w mediach. Wyjechałem ze wschodnich granic Grodu Kraka i poruszając się zachodnimi opłotkami Wieliczki pojechałem przez Sierczę, Koźmice Wielkie, Gorzków i Nową Wieś do Dobczyc. Na tym fragmencie najwyższy punkt był położony na wysokości 370 m n.p.m.
Potem pojechałem wzdłuż południowego brzegu Jeziora Dobczyckiego mijając małe miejscowości Kornatka (cóż za słodka nazwa), Brzezowa, Droginia. W Brzezowej podczas krótkiego postoju na poboczu miałem przyjemność wysłuchać pasjonującego wykładu jednego z mieszkańców, który starał się udowodnić, że powódź nie jest skutkiem wzmożonych opadów deszczu tylko… rządów Platformy Obywatelskiej. Zamiast dyskutować, czym prędzej przełknąłem ostatni kęs batona i pomknąłem dalej. „Pomknąłem” nie jest właściwym słowem, bo właśnie pomiędzy Brzezową a Droginią zaliczyłem najwyższe wzniesienie tego fragmentu trasy – 390 m n.p.m. Przez Banowice i Osieczany dotarłem do Myślenic.
Jechałem nadal na zachód i pomiędzy Bysiną a Jasienicą znalazłem się 460 m n.p.m. by potem zjechać do Sułkowic. Gdy je minąłem, po pewnym czasie droga znowu zaczęła się piąć w górę. A na szczycie była Lanckorona, miejscowość, która nie doświadczyła co prawda powodzi, ale w której grunt zaczął się dosłownie usuwać spod nóg niszcząc bezpowrotnie dorobek życia wielu jej mieszkańców. Mimo tego dramatu, to jedna z najpiękniej położonych miejscowości południa Polski a z pewnością jedna z perełek Beskidu Makowskiego. Tam osiągnąłem maksimum wysokości, jakieś 465 m n.p.m.
Dalej już było tylko z górki. Ewentualne wzniesienia były już niczym w porównaniu z powyższymi. Minąłem okolice Kalwarii Zebrzydowskiej i przez Przytkowice, Grabie, Goluchowice, Rzozów dotarłem do Skawiny a potem do Tyńca. To był koniec zaplanowanej trasy ale przecież musiałem jakoś wrócić do domu. Nie skorzystałem z Wiślanej Trasy Rowerowej bo zaprawdę, zaprawdę powiadam Wam, że zdecydowanie łatwiej jest wielorybowi przejść przez ucho igielne niż znaleźć dla siebie odrobinę miejsca na wspomnianej trasie w słoneczną sobotę.
Radość, morze endorfin i wrażenia z podróży są bezcenne. Za Sudocrem na odparzone fragmenty… pośladków ;) zapłaciłem kartą Master Card ;).
Trasa w formacie GPX
(Brzezowa - miejsce pasjonującego wykładu)
(Droginia - pierwotnie leżała tam, gdzie teraz jest jezioro)
(Lanckorona)
Poniedziałek, 31 maja 2010 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 0
Ostatnia majowa przejażdżka. Zazwyczaj najpiękniejszy, pełen słonecznej wiosny, śpiewu ptaków, soczystej i pachnącej zieleni był tym razem mokry i ponury. Ledwie kilka słonecznych dni.
Czy czerwiec będzie lepszy? Na początku ma padać... :(
Piątek, 28 maja 2010 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 0
Nareszcie piękna pogoda! Tabuny spragnionych słońca bikerów zapełniły ścieżki rowerowe, chodniki, ulice. Wreszcie mogłem docenić walory nowego roweru. 3 kg mniej przełożyło się na 1 km/h wyższej średniej prędkości.