Spokojna jazda
Po wczorajszych podjazdach, dzisiaj wybrałem opcję spokojnej jazdy. Przejażdżka była tak spokojna, że w zasadzie nie mam co napisać. Po prostu pokręciłem się trochę po mieście i wróciłem do domu. Rutyna ;).
Bikestats to wspaniały serwis, który w pewnym sensie zainspirował mnie do stworzenia własnego bloga rowerowego.
Przez długi czas udawało mi się integrować obie strony internetowe. Opisy aktywności prezentowane były z poziomu
bloga Bikestats, a pozostałe wpisy, statystyka oraz opisy rowerów znajdowały się w serwisie xanadu.com.pl.
Takie rozwiązanie miało jednak pewne wady. Chcąc prezentować podsumowania moich aktywności, musiałem się uciekać
do tworzenia skryptów pobierających dane z mojego serwera i wstawiających odpowiedni kod na stronie bloga Bikestats.
Odpowiednie skrypty zapewniały także obsługę zdjęć dołączanych do postów. Funkcja wyszukiwania działała wyłącznie
w obrębie pojedynczego serwisu. Takich problemów mógłbym pewnie przytoczyć jeszcze więcej, ale te były najbardziej
uciążliwe. A nawet, gdyby ich nie było, to zdecydowanie łatwiej jest utrzymywać jeden serwis niż dwa.
Postanowiłem zatem przenieść opisy wszystkich aktywności rowerowych na mój prywatny blog. Aby jednak były dostępne
także z poziomu serwisu Bikestats, utworzyłem własny szablon strony, w którym dokonuję przekierowania do mojego bloga.
Przekierowanie powinno zadziałać automatycznie. Jeśli tak się nie stało, to po prostu kliknij w link:
Bikes in White Satin++
Copyright © 2010-2019, Piotr W. • Inspiracja: Monika M.
Czwartek, 17 lutego 2011 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 0
Po wczorajszych podjazdach, dzisiaj wybrałem opcję spokojnej jazdy. Przejażdżka była tak spokojna, że w zasadzie nie mam co napisać. Po prostu pokręciłem się trochę po mieście i wróciłem do domu. Rutyna ;).
Środa, 16 lutego 2011 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 0
Miła memu sercu (i nie tylko sercu) osoba stwierdziła, że już od dawna nie wspomniałem o niej na moim blogu. Istotnie biję się w piersi i wołam „mea culpa”. Postanowiłem zatem ciężko odpokutować i zamiast wielu kilometrów po płaskich „łatwiznach”, świadomie wybrałem trudniejszą, pagórkowatą trasę.
Z dużą dozą prawdopodobieństwa można przyjąć, że profil dzisiejszego etapu stanowił rowerowy odpowiednik związku mężczyzny i kobiety. Często pod górę, raz mniej, raz bardziej stromo, oddychając raz lżej raz ciężej. Potem nagroda w postaci szybkiego zjazdu, szalejących endorfin, adrenaliny, siódmego nieba, ekstazy. Jednak cały czas trzeba uważać, aby na zakręcie nie wypaść z drogi i nie spędzić następnych kilku miesięcy w gustownym wdzianku „uszytym” na miarę z pewnego materiału, który twardnieje po zmieszaniu z wodą. Zachowując jednak śladową ilość zdrowego rozsądku, zabawa jest przednia i nie narzekam, że za chwilę czeka mnie kolejny podjazd. Ot, samo życie…
I tak właśnie rozmyślając, pokutowałem za moje przewinienia mając przed oczami obraz Tej, której zawdzięczam chociażby szablon mojego bloga, wyłuskany spośród setek innych i która wspiera mnie w moim rowerowym „szaleństwie”, co – i mówię to z doświadczenia – wcale nie jest czymś oczywistym.
Gwoli kronikarskiej dokładności nadmienię na koniec, że najpierw pognałem na Kopiec Kościuszki. „Pognałem” jest terminem umownym, ale poruszałem się w miarę żwawo. Potem ciemnymi ścieżkami pojechałem w kierunku Lasku Wolskiego i ostatecznie wspiąłem się do ZOO. Następnie zjechałem na ulicę Księcia Józefa i ciągle nie mając dość, skręciłem na ulicę Orlą i rozpocząłem kolejny podjazd. A potem grzecznie przez całe miasto wróciłem do domu.
(Widok na Kraków z Fortu Pod Kopcem)
(Fort Pod Kopcem)
Poniedziałek, 14 lutego 2011 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 0
Dosyć późno zdecydowałem się na przejażdżkę, więc dystans nie był zbyt imponujący. Jazda miała dwa oblicza. Dopóki jechałem z wiatrem było ciepło i szybko. Dobre z reguły nie trwa wiecznie i w pewnym momencie musiałem skierować się w przeciwną stronę. Negocjacje z wiatrem okazały się nieudane i druga połowa wycieczki była chłodna i wolna.
Dzisiaj są Walentynki, czyli burżuazyjne święto zakochanych ;). Jako zwolennik poglądu, że uczucie należy pielęgnować nieustannie, z satysfakcją zauważyłem, że w tym roku owa nieudolnie przeszczepiona na Polski grunt tradycja, przeszła bez zbytniego nagłośnienia. Tak trzymać!
Niedziela, 13 lutego 2011 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 0
Kiedyś wspominałem już, że Kraków i jego okolice są miejscem, gdzie trudno znaleźć długie płaskie odcinki, no może z wyjątkiem Wiślanej Trasy Rowerowej. Dominują drogi, które wcześniej czy później zaczynają piąć się w górę by potem nagrodzić nas zjazdem. Dzisiaj, korzystając z pięknej pogody postanowiłem, że nie będę się specjalnie ograniczał ani oszczędzał i postaram się wybrać trasę, która będzie mieć wszystkiego po trochu.
Wyruszyłem z domu. Najpierw Wielicka, następnie Jakubowskiego a potem Kostaneckiego i Obronna. Krótki przejazd Kosocicką i skręt w prawo w Hallera. Tam zaczął się pierwszy podjazd. Na razie byłem na wysokości 256 m. Początek był łagodny, ale już kilkadziesiąt metrów za wiaduktem nad południową obwodnicą Krakowa nachylenie znacząco wzrosło i przez chwilę korzystałam nawet z najmniejszej przedniej tarczy. W trakcie wspinaczki minąłem jeden z krakowskich fortów, które kiedyś stanowiły część Twierdzy Kraków. Dotarłem do ulicy Osterwy aby zaraz potem skręcić w Niebieską i dotrzeć w okolice kościółka w Kosocicach, który wybudowano – zgodnie z ówczesnymi trendami – na szczycie wzgórza. Byłem już na wysokości 309 m, ale to nie był jeszcze koniec. Skręciłem w Sztaudyngera a potem wróciłem na ulicę Osterwy, która pnąc się lub opadając zawiodła mnie do Drogi Rokadowej, na której zaliczyłem szczyt tego etapu, czyli wysokość 334 m. Minąłem kolejny fort i wkrótce dotarłem do Sawiczewskich a tam czekała mnie nagroda w postaci stromego zjazdu do Myślenickiej. Na krótkim odcinku zjechałem z 334 m do 257 m. Skręciłem w prawo i dojechałem do Merkuriusza Polskiego a potem do Kąpielowej. Kolejny raz przejechałem nad obwodnicą i pokonując niewielki podjazd znalazłem się przy Zakopiańskiej.
Przejechałem przez Zakopiańską i znalazłem się na ulicy Fortecznej. Jadąc w kierunku osiedla Kliny, wjechałem w Krygowskiego a potem Korpala. To ślepa ulica, ale niezrażony tym faktem przemknąłem ścieżką wzdłuż pustego o tej porze roku placu zabaw i dotarłem do Komuny Paryskiej. Po kilkuset metrach byłem już na Zawiłej i skręciłem w lewo w stronę Skawiny. Jadąc ulicą Babińskiego minąłem szpital jego imienia. Złośliwi czasem wspominają, że powinienem udać się tam na leczenie…
Skręciłem w ciąg ulic Bunscha, Bobrzyńskiego, Grota-Roweckiego. Następnie skręciłem w Norymberską i dojechałem do Tynieckiej. Po kilkudziesięciu metrach byłem już na wspomnianej na początku Wiślanej Trasie Rowerowej, którą pomknąłem w stronę Tyńca. Po kilku kilometrach dotarłem do toru kajakowego przy Stopniu Wodnym Kościuszko. Tam urządziłem sobie pierwszy i jedyny postój. Po około dziesięciu minutach zacząłem odczuwać chłód a jedynym sposobem na ogrzanie się była dalsza jazda.
Przejechałem przez kładkę rowerową nad Wisłą i znalazłem się na Mirowskiej. Potem, świadomie łamiąc przepisy ruchu drogowego, skręciłem w ulicę Skalną, gdzie zaczął się kolejny tego dnia solidny podjazd. W tym momencie byłem na wysokości 202 m. Jechałem spokojnie w górę i ulicą Dwoma dotarłem do Orlej. Minąłem Księcia Józefa i nadal wspinałem się Orlą. Przejechałem obok posesji śp. Zbigniewa Wassermanna, co można uznać za akcent polityczny tej wycieczki i wciąż piąłem się w górę. „Górska premia” zlokalizowana była w okolicach obserwatorium astronomicznego na wysokości 292 m. Ulicami Zakamycze, Rzepichy i Chełmską dojechałem do ronda pokonując w pionie prawie 60 metrów.
Skręciłem na zachód w ulicę Olszanicką. Po kilku kilometrach znowu przejechałem nad obwodnicą Krakowa i skręciłem w Medweckiego a potem w Na Lotnisko. Nie muszę już chyba uściślać, że w tym momencie byłem w podkrakowskich Balicach i jechałem wzdłuż lotniska. Potem skręciłem na wschód w ulicę Krakowską, która płynnie przeszła w Balicką. Nie zabawiłem na niej długo, bo postanowiłem, że jeszcze nie koniec wspinaczek i skręciłem w Topolową, aby dojechać do Rząski. Ulicami Mostową i Krakowską dojechałem do skrzyżowania z drogą E77 i pojechałem wzdłuż niej w stronę Krakowa. Skręciłem w Katowicką a potem zaliczyłem stromy zjazd na ulicy o wdzięcznej nazwie Zielony Most. Ciągiem ulic Balicka, Bronowicka, Podchorążych i Królewska dojechałem do Placu Inwalidów, a więc byłem już w centrum miasta.
Przez Karmelicką dotarłem do Plant, okrążyłem je i skręciłem w Kopernika. Potem pojechałem Powstania Warszawskiego, Kotlarską, Herlinga-Grudzińskiego, Klimeckiego, Powstańców Wielkopolskich i Powstańców Śląskich. Przejechałem kładką ponad tą ulicą i zamiast grzecznie wrócić do domu postanowiłem, że zaliczę jeszcze jeden podjazd, tym razem w okolice pomnika w Bonarce. Jak pomyślałem, tak uczyniłem a potem ulicą Helmana dojechałem do Kamieńskiego i skręciłem na wschód w stronę domu.
Po kilku kilometrach mogłem się już cieszyć gorącą kąpielą i poczuciem dobrze spędzonego popołudnia.
(Widok na Bielany z okolic Stopnia Wodnego Kościuszko)
Środa, 9 lutego 2011 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 1
Dzisiejsza przejażdżka była trochę męcząca. Miałem wrażenie, że wiatr wieje z każdego kierunku. Dopiero gdzieś tak po przejechaniu dwudziestu kilometrów zacząłem odczuwać prawdziwą przyjemność z jazdy.
Szkoda, że ciągle jeżdżę po zmierzchu, chociaż ma to także swoje plusy. Noc ukrywa wszystkie niedoskonałości pory roku, maskuje brud a w świetle reklam i kolorowych neonów znika gdzieś szarość zimowego dnia. Światła odbijają się od jasnych powierzchni, tworząc nieskończenie wiele kombinacji w jednym wieczornym spektaklu. To magia, która jest udziałem każdego, kto choć na chwilę wyjdzie z domu i skosztuje nektaru historii zaklętej w uliczkach królewskiego miasta. 
(Sukiennice)
(Najdroższy i najwyższy słup reklamowy na świecie – nasza duma i szczytowe osiągnięcie PRL’u w Krakowie – „Szkieletor” przy Rondzie Mogilskim)
(Gra świateł na ulicy Powstańców Śląskich)
Wtorek, 8 lutego 2011 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 0
Wydawało mi się, że dzisiaj na trasie było chłodniej niż wczoraj. To nieprawda. Silny zachodni wiatr, chociaż ciepły to jednak potęgował uczucie chłodu. Duża część trasy wiodła na południe lub na północ, więc w większości przyszło mi zmagać się z silnymi bocznymi podmuchami. Mimo walki z wiatrem, moje serce większość czasu spędziło w drugiej strefie.
Oczywiście jak zwykle jechałem już po zmroku i prawdę mówiąc powoli mam tego dość. Tęsknię za wiosną, długim dniem, późnym zachodem słońca a nade wszystko za ciepłem.
Poniedziałek, 7 lutego 2011 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 2
One day the sun will shine on you,
Turn all your tears to laughter.
One day your dreams may all come true,
One day the sun will shine on you.
Któregoś dnia słońce zaświeci dla Ciebie,
Zamieni twoje łzy w uśmiech.
Pewnego dnia spełnią się wszystkie Twoje marzenia,
Któregoś dnia słońce zaświeci dla Ciebie.
Piękny był to dzień, ale i smutny zarazem. Piękny, bo mimo zimowego czasu uraczył nas iście wiosenną pogodą. Najpierw słońce na błękitnym niebie a wieczorem światło gwiazd na granatowym sklepieniu ponad Krakowem. Smutny, bo zawsze jakiś rodzaj nostalgii ogarnia mnie, gdy słyszę, że odszedł kolejny bohater mojej młodości. I stąd właśnie tytuł tego postu. Wczoraj zmarł Gary Moore. Jeden z tych, których rozpoznawało się po kilku taktach. Niepowtarzalność stylu odróżnia wielkich od muzycznego plebsu i chyba nikt nie wątpi, że Gary Moore należał właśnie do tych pierwszych. Na szczęście artyści nigdy nie umierają do końca. Ich dusza pozostaje w tym, co stworzyli. Wystarczy włożyć płytę do odtwarzacza…
Nostalgiczna była zatem dzisiejsza przejażdżka. Miejscami wiodła przez miejsca, które były oświetlane jedynie reflektorami przejeżdżających z rzadka samochodów. Jedynym towarzyszem podróży była cisza, przerywana na stromych podjazdach przyspieszonym oddechem. Od czasu do czasu mijałem innych cyklistów, którzy także skorzystali z łaskawości aury i zamienili wygodną kanapę na twarde rowerowe siodełko.
Gdy dojeżdżałem do domu na ciemnym nocnym niebie iskrzyły się gwiazdy. Jestem pewien, że od wczoraj jest ich o jedną więcej...
(Podróż w czasie na krakowskim Kazimierzu)
(Kościół parafialny św. Józefa na Rynku Podgórskim)
Czwartek, 3 lutego 2011 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 3
Dzisiaj nareszcie wsiadłem na rower. Spragniony pokonywania kolejnych kilometrów pokręciłem się trochę po mieście od wschodu do zachodu, od północy do południa. Było w miarę ciepło a jeśli wziąć pod uwagę, że mamy początek lutego, to można powiedzieć, iż mamy upały ;). Niestety musiałem walczyć z wiatrem, który z czasem stawał się coraz mocniejszy a na koniec przyniósł jeszcze opady drobnego śniegu. Ale to nic. Najważniejsze, że znowu mogłem oderwać się od rzeczywistości, przy której szarość zimowej przyrody jawi się niczym rajski ogród…
(Do domu zostało kilkaset metrów – skrzyżowanie ulic Wielickiej i Rydygiera)
Sobota, 29 stycznia 2011 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 0
Pokręciłem się trochę po Krakowie. Najpierw przejechałem przez Bonarkę, potem jadąc wzdłuż Wisły wpadłem na Salwator. Korzystając z okazji odwiedziłem Kopiec Kościuszki a następnie wróciłem do centrum miasta. Zrobiłem rundkę wokół Plant, lawirując wśród turystów przejechałem przez Rynek Główny. Potem skierowałem się na południe, dojechałem do Łagiewnik i po kolejnych kilku kilometrach byłem już w domu.
Ciężko pokonałem ostatnie kilometry. Pod domem okazało się, że mam skrzywione tylne koło. A więc jutro czeka mnie niezbyt lubiana przeze mnie czynność - centrowanie koła...
30 stycznia 2011: Mam dwie wiadomości. Jedną dobrą, drugą złą. Dobra jest taka, że nie muszę centrować koła. Zła jest taka, że muszę kupić nowe...
Piątek, 28 stycznia 2011 • Kategoria Kraków i okolice • Komentarze: 0
Już dawno zapadła noc a ja siedzę i usiłuję cokolwiek napisać o dzisiejszej przejażdżce. Jednak w mojej głowie, na co dzień niespokojnej, po której zazwyczaj krążą tysiące pomysłów, teraz jest pustka i cisza. Żadnych pomysłów. Zero.
O czym mógłbym napisać? Że mój GPS przeżył upadek na asfalt i nawet się nie zarysował? Że kierowca samochodu dostawczego Poczty Polskiej uznał, że dwadzieścia centymetrów odstępu od wyprzedzanego rowerzysty w zupełności wystarczy? Że jadąc od toru kajakowego udawałem nietoperza, bo oświetlenie na wałach wiślanych istnieje jedynie w snach?
Nadal pustka…
A może powinienem napisać o mojej rowerowej samotności? W styczniowe wieczory nie spotyka się wielu rowerzystów na trasie. Od czasu do czasu potrzebuję znaleźć się niczym Shrek w swojej samotni i żaden Lord Farquaad nie ma do niej wstępu.
Nic…
Wkładam płytę do odtwarzacza. Naciskam przycisk na pilocie. W rytm nocy wpływają pierwsze takty, wkradają się pierwsze słowa:
Czy zdanie okrągłe wypowiesz,
czy księgę mądrą napiszesz,
będziesz zawsze mieć w głowie
tę samą pustkę i ciszę (…)
Trasa w formacie GPX
(Erem Kamedułów widziany z okolic toru kajakowego)
(Skałka)
(Most Piłsudskiego)